POWOŁANIE
List #1
Witam...
Nie wierze w przypadki.. po prostu nieświadomie
znalazłam Pana stronkę.
Przeczytałam kilka listów, troszkę mi one
pomogły.
Uświadomiłam sobie, że nie
jestem sama z różnymi problemami..
Ja podobnie jak Pan bardzo chce pomagać ludziom. Od
zawsze moim marzeniem
było zostać psychologiem, jednak ostatnio wiele
się
zmieniło. Mam sporo
kontaktów z osobami mocno związanymi z Jezusem..
oni
po prostu są
szczęśliwi. Też tak chce.. coraz poważniej
zaczynam
myśleć o powołaniu - jak
się objawia i kiedy wiadomo, że Bóg nas wzywa..
Czasem mam tak wiele pytaŖ,
lecz boje się ich zadawać chociażby Księdzu z
parafii..
Mam czasem taki nurtujący problem.. Jak już sobie
tak myślę że żyje dla
Jezusa, że chce z nim przejść przez ten świat, to
z
drugiej strony boje się
wyrzeczeŖ. Na obecną chwile z jednej strony nie
chce
się z nikim wiązać, a z
drugiej czuje potrzebę chociażby przytulenia.. Jak
to jest? Czy jeśli
wybiorę to życie z celibacie, będę wolna od
takich
potrzeb?
Bardzo proszę o odpowiedź i parę ciepłych słów
:).
Szczęść Boże!
Witam serdecznie,
Prosisz o ciepłą odpowiedz... tymczasem ja musze ci
sprawić poważne kazanie i dać ci kilka serdecznych
napomnieŖ... które będą może brzmiały zimno, ale jak
je przyjmiesz pokornie to może z czasem nie tylko
rozgrzeją ci serce, ale je rozpalą ogniem gorliwości i
miłości.
Boisz się wyrzeczeŖ, to znaczy ze oglądasz się wstecz
sama za sobą, za własnymi pożądliwościami. A Pan Jezus
- twój Zbawiciel i Oblubieniec powiedział:
Łukasz 9:62
"Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się
ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego."
Pytasz po czym się poznaje powołanie?
Powołanie poznaje się po tym, ze się ma takie myśli i
pragnienia jak twoje.
A po czym się poznaje pokusę przeciw powołaniu?
Po obawach utraty własnych przyjemności, ambicji doczesnych i potrzeb
cielesnych.
Tylko ze z tymi własnymi przyjemnościami to wcale nie
jest tak jakie one sprawiają wrażenie. Młodzi ludzie
marzą o miłości platonicznej o miłości prawdziwej
Pełnej szczerości i namiętności. I zdaje się młodym
ludziom, ze ja odnajdą i jak ją odnajdą to zachowają
ja do koŖca życia.
Prawda jest jednak bardzo brutalna, a marzenia zawsze
koŖczą się rozczarowaniem.
Wszystkie małżeŖstwa zaczynają sią od ciepłych
przytulaŖ, a kożczą się w bardzo wielu przypadkach na
sali rozwodowej. A jeśli nie koŖczy sią rozwodem to na
pewno wieloma rozczarowaniami, kłótniami itp.
Dlatego, ze nie ma szczęścia na ziemi dla tych, którzy
szukają go w sferze doczesnych wartości i w
zaspokojeniu pożądliwości ciała.
Każdy pragnie szczęścia, bo Pan Bóg tak już stworzył
człowieka z potrzeba osiągnięcia szczęścia. Ale to
szczęście, którego człowiek szuka na ziemi, odnaleźć
można tylko u Boga.
Bóg stworzył w sercu człowieczym puste miejsce na
szczęście i tego pustego miejsca nie da się wypełnić
niczym innym jak tylko miłością duchowa.
Problemem większości ludzi jest to, ze słuchają
podszeptów szatana, który namawia, aby szukali
wypełnienia tego pustego miejsca emocjonalna miłością
drugiego człowieka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby
ten drugi człowiek nie miał tego pustego miejsca i nie
szukał miłości drugiego człowieka dla samego siebie.
Prawdziwą miłością, która może wypełnić owo puste
miejsce jest miłość duchowa i nie ma ona nic wspólnego
z namiętnościami cielesnymi, ale jest to dar Boży -
jest to substancja duchowa wypełniająca owo puste
miejsce.
Kto otrzyma ten dar ten będzie w stanie dawać, jego
puste miejsce będzie wypełnione i niczego dla siebie
samego już nie będzie pożądał, bo nie ma w nim już
miejsca na otrzymywanie, ale ma miłość, która w nim
się potęguje i musi ja rozdawać, bo ma jej tyle, ze
nie może jej tylko dla siebie samego zatrzymać.
Miłość ludzka, partnerska i cielesna to potrzeba
emocjonalna, która nie potrafi wiele dawać partnerowi,
ale od niego wiele oczekuje. Miłość cielesna pragnie
dawać i w prawdzie trochę daje, ale tylko po to, aby
jeszcze więcej pobrać.
Dlatego tyle jest rozczarowaŖ, kłótni i rozwodów, bo
każdy daje mniej niż pragnie otrzymać i nie dlatego ze
jest zły, ale dlatego ze więcej potrzebuje pobrać, niż
jest w stanie dać.
I to nie jest z winy człowieka, ale tak Bóg człowieka
stworzył. Po to, aby człowiek tylko i wyłącznie u Boga
się wydoskonalił. Człowiek z pustym miejscem w sercu
jest niedoskonały i tylko dar Bożej miłości czyni
człowieka doskonałym. czyli doskonale miłującym na
wzór i podobieŖstwo samego Boga.
Nie wiem - droga czytelniczko - czy to, co tu staram
się tobie wyjaśnić ma dla ciebie sens, ale się zastanów i
porozglądaj się po znajomych, tych którzy żyją życiem
doczesnym. Przyjrzyj się członkom własnej rodziny,
ciotkom i wujkom, sąsiadom i znajomym. Wszyscy maja
piękne fotografie ślubne, ale po za tym wszyscy maja
problemy z owa miłością z przeszłości ze zdjęcia - w
którą kiedyś wierzyli i o której marzyli.
Przeczytaj:
"Milosc, cielesna i duchowa"
Jan 4:13-14
"Odpowiadając Jezus rzekł do niej: Ktokolwiek pije
te wodę, znów będzie [wkrótce] odczuwał pragnienie.
Lecz kto będzie pił wodę, która Ja mu dam, nigdy już
nie będzie pragnął. Woda, która ode Mnie otrzyma,
stanie się w nim źródłem wody płynącej ku życiu
wiecznemu."
Dostrzegasz analogie tego wersetu?
Pan Jezus mówi o miłości. Kto miłuje cieleśnie i
walczy o to, co doczesne, ten zaspokoi się na krotki
czas, a potem znowu pragnie, bo to, czym się na krotko
zaspokoił jest nietrwale i odpływa, paruje i wysycha
jak woda. Ale kto otrzyma miłość od Chrystusa, ten
wypełniony będzie i jak ze źródła będzie się w nim ta
miłość potęgować i serce jego nigdy nie wyschnie tak,
aby znowu zapragnąć.
Co do ostatniego pytania o wolność i celibat. To
wszystko zależy od ciebie, na ile i jak lekko oddasz
siebie Bogu. Bóg nie będzie się z tobą szarpał i
zabierał ci to, za czym się oglądasz i czego nie
zechcesz dobrowolnie oddać.
ale jak oddasz prawdziwie dobrowolnie to wtedy On
napełni cię darem "wody życia", czyli miłości Bożej,
która ci tak wypleni serce, czyli twego ducha, ze już
nie będziesz pragnąć, bo to co otrzymasz będzie o
wiele bardziej satysfakcjonujące niż to, z czego
zrezygnowałaś dobrowolnie.
Ja ci to pisze nie tylko ze znajomości nauk
biblijnych, ale z doświadczenia i własnego przeżycia.
Pozdrawiam cię miłością Chrystusowa,
- Szczęść Boże!
Ps.
nie będziesz miała nic przeciwko temu, aby umieścić
ten list w dziale "Listy czytelników"? - oczywiście
anonimowo :)
LIST # 2
Witam ponownie.
Te słowa z listu są dość trudne, ale mam
nadzieje
że
je zrozumiałam. Zdaje
sobie sprawą z tego, ze takie "puste życie",
czyli
takie które zadowala się
rzeczami doczesnymi, nie ma w ogóle sensu. Nawet
staram się mówić o tym
wszystkim, którzy tak właśnie postępują.
Jeszcze niedawno myślałam zupełnie inaczej,
nigdy
nie zwracałam uwagi na
Jezusa, Jego nauki itd. Teraz jakoś czuje tak jak
by
przyciąganie do
Kościoła. Jeśli jestem w kościele, mam wrażenie
ze
wszystko jest takie
proste, ze nie musze się niczego bać i ze On nad
wszystkim panuje. Jeśli
wyjdę z kościoła i wrócę do domu (gdzie nie
zawsze
jest idealnie), to jakoś
to uczucie zanika... Wtedy boje się własnych
myśli,
bo albo mam doła z
powodu kłótni rodziców, albo chce naprawić
cały
świat.. I to są przecież
dwie sprzeczności.
Dlatego myślałam ze to uczucie podczas Mszy św.
można nazwać powołaniem - ze
powinnam i chce tam zostać.
Trochę trudne to wszystko ale mam nadzieje ze mi
Pan
pomoże.
Aha.. i oczywiście nie mam nic przeciwko
opublikowaniu listu, tylko jak Pan
obiecał .. anonimowo ;].
Ps. Mam takie jedno pytanie, które zadała mi
kiedyś
moja przyjaciółka. (ona
przezywa teraz ciężki okres).
Bo Ks. kiedyś na katechezie powiedział, ze
śmierć
jest piękna. No i ona
właśnie spytała: Skoro śmierć jest piękna, to
dlaczego samobójstwo jest
grzechem? Czy to źle ze chcemy być tam, gdzie
jest
lepiej?
Nie umiałam odpowiedzieć, dlatego pytam Pana..
pozdrawiam i dziękuje :)
Szczęść Boże.
Widzę z poprzedniego listu i z tego tu, że ubolewasz nad nieszczęściem ludzi, bo kłótnie twoich rodziców wprowadzają cię w rozpacz. Kochasz ich i nie możesz ich zrozumieć i im pomóc. Kościół jest dla ciebie ucieczką w którym jesteś w stanie się duchowo zregenerować i dlatego myślisz, ze masz powołanie, ale nie wiesz, z czym to powołanie się wiąże? Czyżby zakon?
Ja myślę, że nie. Twoim powołaniem jest - jak to sama w poprzednim liście napisałaś - pomaganie ludziom. Problem w tym, że nie wiesz jak to robić i od czego zacząć.
Przypomina mi to moją sytuację z przed lat. A po wielu latach mogę już powiedzieć, na czym to polega i od czego należy zacząć.
W twojej sytuacji to musisz zacząć od tego, co jest ciebie najbliżej. Wspominałaś kłótnie rodziców - czyli to cię boli najbardziej i ich chciałabyś na pewno pomóc najpierw - nie tak?
Rodzicom niczego nie wytłumaczysz, bo po prostu nie będą ciebie słuchać, ale możesz na nich wpłynąć przykładem.
Ja o twoich rodzicach nic nie wiem i nawet jakbyś mi opowiadała poszczególne problemy to trudno byłoby mi dać ci konkretne zadanie jak masz im pomóc, ale większy jest ode mnie, Ten, który wie wszystko i na wszystko ma dobrą radę i rozwiązanie.
Problem w tym, że my ludzie komplikujemy sytuacje, gubimy się w nich i nie wiemy jak z nich wyjść.
Rozwiązaniem jest uproszczenie, wyeliminowanie rzeczy mało istotnych i zacząć od elementów istotnych, które jest wspólne dla każdego człowieka.
Takimi elementami jest miłość, pociecha, nadzieja, wyrozumiałość i pomoc.
Pan Jezus powiedział: "Oddawajcie dobrem za zło"
W wypadku twoich rodziców, musisz szukać czegoś co możesz zrobić, aby im pokazać przykładem, że są wyższe wartości od tych które są powodem ich wzmagaŖ.
W chwilach ich upadku, czyli kłótni w których jedno wynosi się ponad drugie, ty pokaż im swoją pokorę i z modlitwą w sercu zacznij robić coś co jest odwrotnością ich postawy. Tak aby się oboje zatrzymali i zastanowili.
Na przykład, zacznij sprzątać, albo coś ugotować, czyli rób coś co nimi wstrząśnie choćby troszkę.
Może na początku nie zauważą i nie zrozumieją, ale po kilku razach się zorientują, że jesteś inna, ze nie dajesz się wyprowadzić z równowagi, ale jesteś nastawiona pozytywnie i mimo wszystko szukasz neutralnego gruntu, aby wprowadzić "Pokuj Chrystusowy"
jak oni się kłócą, to ty na przykład wywal na podłogę wszystkie ciuchy i zacznij je pięknie układać w kosteczkę i kładź je na pułki, modląc się w sercu, aby zauważyli twój pokuj i harmonijne postępowanie.
Albo weź się za inną czynność domową, aby ich po zawstydzić, lub zmobilizować.
Ugotuj coś na szybko, kisiel, albo budyŖ i przerwij ich kłótnie i oboje zaproś do spożycia deseru. Może za pierwszy razem się nie uda i nie każe podejście zda egzamin, ale się nie załamuj, oni te drobne rzeczy zauważą nawet jak na nie zareagują i z czasem jak się tych twoich dobrych uczynków nazbiera w ich pamięci to zacznie to dawać im do myślenia.
A w twojej wytrwałości będzie twoje zwycięstwo.
Albo dobrym słowem. Na przykład zacznij jednemu z nich przypominać jakąś miłą lub śmieszną sytuacje z przeszłości. Zapytaj mamy lub taty czy pamięta to czy tamto i zacznij opowiadać i pytać o szczegóły. Innymi słowy jak się da wprowadź inny temat, który nie ma nic wspólnego z tematem kłótni, ale ma moc rozluźnienia lub rozproszenia sytuacji.
W jednej sytuacji to, a w innej tamto.
Musisz się nastawić pozytywnie i nad nimi pracować z wielka pokora i modlitwą w sercu - a Bóg Ojciec, który wie, czego potrzebujemy zanim Go poprosimy da ci natchnienie do działania i ukaże ci jak masz podejść do naprawiania sytuacji zamiast analizować ich błędy i to, kto ma racje a kto jej nie ma, siedzieć i rozpaczać, musisz brać się do dzieła i raczej analizować jak ich zaskoczyć, czym ich rozchmurzyć, jak ich podejść, aby się zorientowali ze to, co robią do niczego dobrego nie prowadzi, ale tylko pogarsza sytuacje.
Musisz zacząć jak to się mówi: "z nowej beczki", ale najpierw musisz wyjść z ich beczki :) Rozumiesz?
Jak zrozumiesz, na czym polega pomaganie innym, oddawanie dobrem za zło i wprowadzanie pokoju we własnym domu, wtedy będziesz w stanie pomagać koleżankom a potem wszystkim, kogo napotkasz na drodze swego życia.
Co do funkcji kościoła to dam ci taka analogie do funkcji ciała. W koŖcu nawet Pismo mówi o tym, ze my jesteśmy członkami Ciała Chrystusowego i w tym Ciele Chrystus jest głową, a my członkami.
Analogicznie kościół jest sercem, a my krwią, przychodzimy do kościoła tak jak krew do serca, regenerujemy się, nabieramy nowego rozpędu, aby iść i regenerować tych, którzy z takich lub innych powodów nie potrafią odnaleźć drogi do kościoła, albo nie potrafią odnaleźć w kościele tej mocy regenerującej, płynącej od Chrystusa.
a owa regeneracja ukryta jest w obietnicy: "Pokuj Mój daję wam, nie taki jaki świat daje...."
"Błogosławieni ubodzy duchem albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem będą pocieszeni.
Błogosławieni cisi, albowiem odziedziczą ziemię.
Błogosławieni, którzy cierpią głód i odczuwają pragnienie sprawiedliwości, albowiem będą nasyceni.
Błogosławieni miłosierni albowiem dostąpią miłosierdzia.
Błogosławieni czystego serca, albowiem zobaczą Boga.
Błogosławieni, którzy zabiegają o pokój, albowiem będą nazwani synami Boga."
Co do śmierci, to prawdą jest, że jest ona piękna, ale nie dla każdego. "mierć jest piękna tylko dla tego, kto się prawdziwie pojednał z Bogiem i kogo sam Bóg do siebie zabiera. To Pan Bóg decyduje, kto i kiedy do Niego przychodzi i to na jego warunkach, a nie na naszych.
Bo nie należymy do siebie i nawet jak nam się zdaje, że możemy o własnym życiu decydować to wcale tak nie jest. Nie należymy do siebie, ale do Boga, jesteśmy Jego stworzeniami, Jego własnością i tylko wtedy zaznamy prawdziwego szczęścia kiedy poznamy Jego wolę i według Jego woli będziemy żyć, tylko On wie co jest dla nas dobre. I tylko to co jest dla nas dobre - według Jego woli - doprowadzi nas do zbawienia i życia wiecznego.
I tylko On ma prawo decydować o naszym życiu, a tym bardziej o godzinie naszej śmierci. To On daje naszemu życiu początek i tylko On ma prawo wyznaczyć kres naszego życia. Jeśli Go prawdziwie miłujemy to musimy Jego prawa i woli przestrzegać, bo do Niego należymy i On decyduje.
- Szczęść Boże.
|